
Przez długi czas chciałam, żeby wszystko zmieniło się jak najszybciej.
Żeby wystarczyła jedna decyzja.
Jedna książka.
Jedna rozmowa.
Jedno olśnienie.
Dzisiaj wiem, że tak nie działa życie.
Nie zgubiłam siebie jednego popołudnia.
To wydarzało się powoli.
Za każdym razem, kiedy mówiłam „tak”, choć chciałam powiedzieć „nie”.
Za każdym razem, kiedy odkładałam odpoczynek na później.
Za każdym razem, kiedy cudze potrzeby stawały się ważniejsze od moich.
To były małe kroki.
Prawie niewidoczne.
Dlatego również powrót do siebie składa się z małych kroków.
Z jednego spokojnego poranka.
Z jednego spaceru.
Z jednej szczerej rozmowy.
Z jednej chwili ciszy.
Z jednego pytania:
„Jak się dzisiaj naprawdę czuję?”
Często nie zauważamy tych drobnych zmian.
Wydaje nam się, że stoimy w miejscu.
A jednak któregoś dnia orientujemy się, że łatwiej oddychamy.
Że częściej się uśmiechamy.
Że przestałyśmy przepraszać za swoje potrzeby.
To nie dzieje się nagle.
To dzieje się każdego dnia.
Powoli.
Spokojnie.
Prawdziwie.
Nie spieszę się już.
Bo zrozumiałam, że nie ścigam się z nikim.
Wracam do miejsca, które od początku było moim domem.
Wracam do siebie.