
Refleksja o powrocie do siebie, czułości i wewnętrznym spokoju.
Przez wiele lat byłam przekonana, że największe bitwy toczą się na zewnątrz.
Z terminami.
Z obowiązkami.
Z przeciwnościami.
Z ludźmi, którzy czegoś ode mnie oczekiwali.
Dopiero pewnego dnia zrozumiałam, że najbardziej wyczerpująca walka z samą sobą odbywała się w miejscu, którego nikt nie widział.
We mnie.
To tam każdego dnia słyszałam zdania, których nigdy nie powiedziałabym osobie, którą kocham.
„Powinnaś była zrobić więcej.”
„Znowu ci się nie udało.”
„Inni radzą sobie lepiej.”
„Nie przesadzaj.”
„Jeszcze trochę wytrzymaj.”
Nie zastanawiałam się, skąd bierze się ten głos.
Przyzwyczaiłam się do niego.
Myślałam nawet, że pomaga mi być silniejszą.
Dzisiaj wiem, że był to mój wewnętrzny krytyk, który każdego dnia odbierał mi siłę.
Bo trudno odpocząć, kiedy nawet w ciszy ktoś nieustannie Cię ocenia.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego.
Ten głos nie pojawiał się tylko wtedy, gdy popełniałam błędy.
Odzywał się również wtedy, gdy potrzebowałam odpoczynku.
Jakby troska o siebie była czymś, z czego trzeba się tłumaczyć.
Długo nie rozumiałam, dlaczego tak jest.
Aż któregoś dnia pomyślałam o małej dziewczynce, którą kiedyś byłam.
Czy powiedziałabym jej wszystkie słowa, które codziennie mówię sobie?
Nie.
Przytuliłabym ją.
Powiedziałabym, że zrobiła tyle, ile potrafiła.
Że nie musi być idealna, aby zasługiwać na miłość.
Dlaczego więc sobie odmawiałam tej samej czułości?
Nie znalazłam odpowiedzi od razu.
Ale znalazłam coś ważniejszego.
Zaczęłam zauważać momenty, w których znowu stawałam przeciwko sobie.
I właśnie wtedy przestawałam walczyć.
Nie dlatego, że nagle wszystko sobie wybaczyłam.
Dlatego, że zrozumiałam, iż nie odzyskam siebie, jeśli każdego dnia będę prowadzić wojnę z własnym sercem.
To był początek mojego powrotu do siebie.
Powolny.
Cichy.
Prawdziwy.
Zrozumiałam, że samoakceptacja nie rodzi się z perfekcji.
Rodzi się z czułości.
Może troska o siebie nie jest nagrodą za to, że wszystko robimy dobrze.
Może jest początkiem drogi, dzięki której w ogóle możemy iść dalej.
Od tamtej chwili próbuję mówić do siebie trochę ciszej.
Trochę łagodniej.
Nie zawsze mi się to udaje.
Ale już wiem, że każde dobre słowo wypowiedziane do samej siebie jest krokiem w stronę domu.
Bo odzyskać siebie nie oznacza stać się kimś innym.
Oznacza wrócić do osoby, którą zawsze byłyśmy.
A może właśnie od tego zaczyna się prawdziwy wewnętrzny spokój.
Nie od wygranej walki.
Od decyzji, że nie chcę już walczyć z kobietą, którą jestem.
Może właśnie dlatego największym zwycięstwem nie jest pokonanie świata.
Największym zwycięstwem jest pogodzenie się z własnym sercem.