
Od pierwszych lat życia uczymy się, jak należy się zachowywać. Słyszymy, że trzeba być grzecznym, odpowiedzialnym, dzielnym i pomocnym. Z czasem dochodzą kolejne oczekiwania – w pracy, w rodzinie, wśród znajomych. Każde z nich jest jak nowa rola, którą zakładamy, często nawet nie zauważając, kiedy przestaje być wyborem, a staje się obowiązkiem.
Samo pełnienie ról nie jest niczym złym. Każdy z nas jest czasem rodzicem, partnerem, przyjacielem czy współpracownikiem. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy wierzyć, że jesteśmy wyłącznie tymi rolami.
Kiedy przez wiele lat staramy się spełniać oczekiwania innych, łatwo zgubić własny głos. Przestajemy zadawać sobie proste pytania: „Jak się dziś czuję?”, „Czego naprawdę potrzebuję?”, „Czy robię to dlatego, że chcę, czy dlatego, że tak wypada?”.
To nie dzieje się nagle. To proces. Każde małe „tak”, wypowiedziane wbrew sobie, każda przemilczana potrzeba i każda emocja schowana głęboko w środku tworzą maskę, która z czasem zaczyna wydawać się naszą prawdziwą twarzą.
Na szczęście powrót do siebie również jest procesem.
Nie zaczyna się od wielkich życiowych rewolucji. Zaczyna się od krótkiej chwili ciszy. Od spaceru. Od zapisania jednej myśli w pamiętniku. Od świadomego oddechu. Od odwagi, by choć raz odpowiedzieć zgodnie z własnym sercem.
Bycie sobą nie oznacza odrzucenia wszystkich ról. Oznacza jedynie, że żadna z nich nie staje się ważniejsza od człowieka, który je odgrywa.
Kiedy przestajemy nieustannie występować, pojawia się coś, czego wcześniej często nie dostrzegaliśmy – lekkość. Nie dlatego, że życie staje się łatwiejsze, ale dlatego, że nie musimy już każdego dnia udowadniać swojej wartości.
Może właśnie dlatego najpiękniejsza rola, jaką możemy odegrać, to ta, w której wreszcie przestajemy grać.
— Elizabeth