
Są ludzie, którzy pytają mnie, kiedy właściwie zaczęła się historia Elizabeth.
Za każdym razem uśmiecham się, bo wiem, że odpowiedź nie jest taka, jakiej się spodziewają.
Nie zaczęła się od pierwszego rozdziału.
Nie zaczęła się od pierwszego zdania.
Nie zaczęła się nawet od pomysłu na fabułę.
Zaczęła się od pytania.
To pytanie nie pojawiło się nagle. Nie przyszło do mnie podczas spaceru ani nie obudziło mnie w środku nocy. Było znacznie bardziej uparte. Wracało przez długi czas, czasem cicho, czasem bardzo wyraźnie. Pojawiało się w rozmowach, które prowadziłam. W spojrzeniach kobiet, które spotykałam. W zdaniach urywanych w połowie, jakby zabrakło odwagi, by powiedzieć coś więcej.
Zaczęłam zauważać pewną prawidłowość.
Wiele kobiet świetnie opowiadało o swoich dzieciach. O partnerach. O rodzicach. O pracy. O obowiązkach. Potrafiły godzinami mówić o ludziach, których kochają i za których czują odpowiedzialność.
A kiedy rozmowa schodziła na nie same, zapadała cisza.
Nie dlatego, że nie miały nic do powiedzenia.
Po prostu od bardzo dawna nikt ich o to nie pytał.
To właśnie wtedy zaczęłam zastanawiać się, jak łatwo można zgubić samą siebie, nie robiąc nic spektakularnego. Nie potrzeba wielkiej tragedii. Czasami wystarczy codzienność. Kolejne dni podobne do siebie. Kolejne obowiązki. Kolejne „jeszcze tylko to zrobię”.
Nagle mijają lata.
Nie pamiętasz momentu, w którym przestałaś pytać siebie, czego naprawdę chcesz.
To właśnie ta myśl nie dawała mi spokoju.
Nie fabuła.
Nie bohaterowie.
Jedno pytanie.
Czy można jeszcze wrócić do siebie, kiedy przez lata żyło się przede wszystkim dla innych?
Przez długi czas nie próbowałam na nie odpowiadać. Uważam, że najgorsze, co może zrobić autor, to zbyt szybko znaleźć odpowiedź. Wtedy historia staje się przewidywalna. Bohaterowie przestają być prawdziwi, bo prowadzi ich nie życie, lecz plan.
Ja nie chciałam pisać książki, która będzie kogokolwiek pouczać.
Chciałam opowiedzieć historię kobiety, która sama nie zna odpowiedzi.
I właśnie wtedy pojawiła się Elizabeth.
Nie weszła do mojego życia z hukiem. Nie miała gotowej biografii ani dokładnie zaplanowanej przyszłości. Na początku była bardziej uczuciem niż postacią. Wiedziałam, jak patrzy na morze. Wiedziałam, jak długo potrafi siedzieć w ciszy. Wiedziałam, że często odpowiada „oczywiście”, choć w środku chciałaby powiedzieć coś zupełnie innego.
Reszty musiałam się dopiero o niej nauczyć.
To może zabrzmieć dziwnie, ale pisanie dobrej powieści przypomina bardziej słuchanie niż mówienie. Autor oczywiście tworzy świat, ale jednocześnie musi pozwolić bohaterom żyć własnym życiem. Są sceny, których nie da się zaplanować. Dialogi, które nagle skręcają w inną stronę. Chwile, w których postać robi coś, czego wcale nie miała zrobić.
To właśnie wtedy zaczynam wierzyć, że historia naprawdę oddycha.
Nie dlatego, że wszystko przebiega zgodnie z planem.
Wręcz przeciwnie.
Dlatego, że przestaje być tylko planem.
Nie wiem, czy autor wybiera swoich bohaterów.
Coraz częściej myślę, że to bohaterowie wybierają autora.
Elizabeth pojawiła się w moim życiu powoli. Nie przyszła z gotową historią ani z listą wydarzeń, które miały się jej przydarzyć. Przyniosła coś znacznie trudniejszego – emocje. Takie, których nie da się opisać jednym zdaniem. Takie, które każdy z nas zna, ale rzadko potrafi nazwać.
Pisząc kolejne sceny, bardzo często odkładałam komputer i po prostu siedziałam w ciszy. Nie dlatego, że brakowało mi słów. Wręcz przeciwnie. Bywało ich zbyt wiele.
Najtrudniejsze w pisaniu nie jest wymyślenie historii.
Najtrudniejsze jest zdecydowanie, które zdania mają zostać, a które trzeba usunąć, choć bardzo się je lubi.
Każda skreślona scena czegoś mnie uczyła. Czasem pokory. Czasem cierpliwości. Czasem tego, że piękne zdanie nie zawsze służy opowieści.
Zrozumiałam też coś jeszcze.
Nie da się napisać historii o odnajdywaniu siebie, jeśli samemu nie jest się gotowym zadawać sobie trudnych pytań.
Każdy autor zostawia w swojej książce jakiś ślad. Nie zawsze są to własne przeżycia. Częściej są to własne obserwacje. Chwile, które zatrzymały uwagę. Rozmowy, które nie chciały zniknąć z pamięci. Twarze spotkanych ludzi. Zdania usłyszane przypadkiem w kawiarni, na dworcu czy podczas spaceru.
To wszystko z czasem zaczyna układać się w historię.
Nie kopiuję życia.
Ale bardzo uważnie je obserwuję.
Może właśnie dlatego Elizabeth wydaje się tak prawdziwa. Nie dlatego, że jest jedną konkretną kobietą. Jest fragmentem wielu kobiet. Ich odwagi. Ich zmęczenia. Ich nadziei. Ich milczenia.
Pisząc tę powieść, nie chciałam nikomu mówić, jak powinien żyć.
Nie wierzę w gotowe odpowiedzi.
Wierzę natomiast, że dobrze opowiedziana historia potrafi zatrzymać człowieka na chwilę. Sprawić, że zamknie książkę, spojrzy przez okno i pomyśli o sobie trochę inaczej niż dzień wcześniej.
Jeśli Elizabeth zrobi choć tyle, uznam, że jej droga miała sens.
Przez ostatnie miesiące często słyszałam pytanie, czy ta książka jest o mnie.
Odpowiadam zawsze tak samo.
To nie jest moja historia.
Ale podczas jej pisania wielokrotnie zadawałam sobie te same pytania, które zadaje sobie Elizabeth.
I być może właśnie dlatego tak dobrze ją rozumiem.
Dzisiaj, kiedy patrzę na drogę, którą przeszła ta powieść, wiem jedno.
Nie zaczęła się od rozdziału.
Nie zaczęła się od bohaterki.
Nie zaczęła się nawet od pierwszego zapisanego zdania.
Zaczęła się od odwagi, by nie uciekać przed jednym pytaniem.
Reszta przyszła później.
A może właśnie tak rodzą się wszystkie historie, które zostają z nami na długo.
Nie dlatego, że od razu znają odpowiedzi.
Ale dlatego, że mają odwagę zadać właściwe pytanie.
Dziękuję, że mogę przejść tę drogę razem z Tobą.
— Gloria Sorel