← Wróć do pamiętnika ← Strona główna

Z pamiętnika Elizabeth

Dzień 38-Jeszcze nie znałam swojego imienia

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usiadłam przy tym oknie.

Pamiętam za to światło.

Nie było wyjątkowe. Takie samo jak każdego letniego wieczoru. Ciepłe, spokojne, rozlewające się po drewnianej podłodze i zatrzymujące na parapecie, jakby ono również nie chciało jeszcze odchodzić.

Przyniosłam kubek herbaty, którego prawie nie tknęłam. Zawsze robię ją za gorącą. Potem zapominam, że stoi obok. Kiedy sobie o niej przypominam, jest już zimna. Dziś było dokładnie tak samo.

Patrzyłam na morze.

Nie szukałam odpowiedzi.

Nie miałam nawet pytania.

Byłam po prostu zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku.

To dziwne, jak długo można żyć z uśmiechem, który z każdym dniem staje się coraz cięższy. Z czasem przestajesz zauważać jego ciężar. Zakładasz go rano tak samo odruchowo, jak sweter, zanim wyjdziesz z domu.

Ludzie pytają, co słychać.

Odpowiadasz, że dobrze.

I nawet nie kłamiesz. Po prostu nie mówisz całej prawdy.

Tego wieczoru pierwszy raz pomyślałam, że może już nie chcę być silna za wszelką cenę.

Może mam prawo usiąść w ciszy i niczego od siebie nie wymagać.

Morze nie oczekuje przecież, że każda fala będzie większa od poprzedniej.

Przypływa.

Odpływa.

Wraca.

I nikt nie nazywa tego porażką.

Siedziałam jeszcze długo.

Na parapecie przysiadła mewa. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie, jakbyśmy obie próbowały zrozumieć, dlaczego znalazłyśmy się właśnie tutaj.

Uśmiechnęłam się.

Pierwszy raz od wielu dni zupełnie bez powodu.

To nie był wielki przełom.

Nie wydarzyło się nic, co można byłoby opowiedzieć komuś przez telefon.

Nie podjęłam ważnej decyzji.

Nie zamknęłam żadnego rozdziału.

Po prostu przez kilka minut nie próbowałam być kimś, kogo wszyscy ode mnie oczekiwali.

Byłam tylko sobą.

I może właśnie od takich chwil wszystko naprawdę się zaczyna.

Nie od odwagi.

Nie od wielkich postanowień.

Nie od spektakularnych zmian.

Od jednego spokojnego wieczoru.

Od oddechu.

Od spojrzenia za okno.

Od zgody na to, że jeszcze nie wiem, dokąd idę.

Kiedy wstałam, nie czułam się inną kobietą.

Ale coś było inaczej.

Jakby wewnątrz zrobiło się odrobinę ciszej.

Jakby ktoś ściszył hałas, którego nawet nie zauważałam.

Dotknęłam dłonią chłodnej ramy okna.

Morze powoli ciemniało.

Na horyzoncie światło zachodzącego słońca ustępowało miejsca wieczorowi.

Pomyślałam wtedy, że może nie muszę od razu znać odpowiedzi.

Może wystarczy, że przestanę uciekać od pytań.

Może nie muszę wiedzieć, kim będę za rok.

Wystarczy, że jutro znowu usiądę przy tym oknie.

I znowu posłucham ciszy.

Bo są chwile, w których nie odnajdujemy nowego życia.

Odnajdujemy tylko mały fragment siebie.

A czasem to właśnie on wystarcza, żeby pewnego dnia odnaleźć całą resztę.

— Elizabeth 🤍

Jutro kolejna kartka…

Dzień 39 / 365 →

Powrót do siebie nie wymaga pośpiechu. Wymaga jedynie pierwszego kroku.”